Nawet pamiątka po Stalinie czasem się do czegoś przyda…

•8 Luty 2010 • 4 komentarzy

Ładnych parę lat temu, przy okazji losowania grup eliminacyjnych w jakimś tam większym turnieju piłkarskim, zwróciłem uwagę na z pozoru mało istotny fakt – chodzi o kulki – te, w środku których tkwią kartki z nazwami krajowych reprezentacji, a które, wyławiane ze szklanego słoja przez sierotki, nieraz tak trudno się otwierają.

To było naprawdę dawno temu, w nieco większym stopniu, niż obecnie, byłem dzieckiem i może dlatego wtedy zwróciłem na to większą uwagę ;). Mianowicie kulki te kształtem i kolorem przypominały wnętrza Kinder Niespodzianek:

Ale czasy się zmieniły. Już na EURO 2008 w Austrii i Szwajcarii kulki nie budziły aż tak pozytywnych emocji z dzieciństwa ;> Kształtem przypominały bardziej piłki nożne, zatem tutaj wszystko było już adekwatne do sytuacji.

Podobnie jak wczoraj, w czasie losowania grup eliminacyjnych do EURO 2012. Ale abstrahując od wspomnień z dzieciństwa… (bo czasy się zmieniają, kulki także, ale nie o tym już mowa) ;>

Warszawa, Sala Kongresowa, światła, dźwięki, szaleństwo. Może troszkę wyolbrzymiona powaga chwili, ale to dobrze. My, Polacy, lubimy patos, a szczególnie jak cała uwaga skupiona jest wokół nas (co jednak nie zdarza się zbyt często w skali światowej).

Jednak wczoraj był jeden z tych nielicznych dni. Cała gala urządzona jak należy, nie tylko po europejsku, ale nawet po światowemu. Po prawo gładko ogoleni Szewczenko i Błochin, po lewo z iście piastowskim wąsem Boniek i Szarmach. A pomiędzy nimi slalomujący sobowtór Tyma z Misia.

Do tego troszkę muzyki: najpierw Chopin, potem Audiofeels. A później prezentacja miast polskich i ukraińskich – czyli klimaty rodem z Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Ale taki miszmasz trzymał się kupy. I to jest ważne. Co także jest ważne – mam nadzieję, że ucichną na dobre pesymiści, którzy już od momentu wyboru Polski i Ukrainy na gospodarzy, wieszczyli nadchodzącą klęskę organizacyjną, a nawet odebranie praw dwóm słowiańskim krajom i przekazanie EURO Włochom. Twierdząc, że przecież Polska i Ukraina to zaścianek cywilizacji, że będzie wstyd na cały świat (typowo polskie: co ludzie powiedzą?), że nie zdążymy i że się z ręką w nocniku zbudzimy…

Jeśli EURO ma wyleczyć polskie kompleksy, to ja się cieszę tym bardziej. Chociaż, czy jedne mistrzostwa zdołają odwrócić mentalność ukształtowaną przez ponad pół wieku?

Ale wracając do losowania.

Grupy raczej wyrównane. To dobrze, bo silnym drużynom trudniej będzie odpaść już w eliminacjach, co byłoby bardziej możliwe w tzw. grupach śmierci. A to oznacza ciekawsze mistrzostwa za 2,5 roku.

A jak dokładnie wyglądają grupy, można znaleźć na oficjalnej stronie UEFA.

To będą dziwne eliminacje. Oczywiście z racji na kompletnie inną perspektywę. Ale może dzięki temu mecze bez udziału Polaków bardziej niż dotychczas zaciekawią tych Polaków, których zainteresowanie futbolem ogranicza się do reprezentacji Polski i narzekania na niestety, dosyć częste klęski?

Pzdr,
Bartek

Reaktywacja

•3 Luty 2010 • Dodaj komentarz

Gwoli usprawiedliwienia:

Najpierw przyszły święta, sylwester, nowy rok, a razem z nimi mnóstwo okazji do stworzenia mniej lub bardziej rozgarniętych wpisów. I wtedy, jak na złość, padł mi komputer, zatem blog i ci, którzy go czasem czytają, na pewien czas mogli odpocząć od mojej grafomanii.

A potem, jak już dostęp do świata odzyskałem, przyszedł styczeń (czytaj: coś chyba wypada pouczyć się do sesji). Moja absencja na blogu trwała i tym samym wskaźniki jakości nowych wpisów na wordpress (o ile takie istnieją) pozostawały na niepokojąco wysokim poziomie.

Ale sesja  już się kończy. >] Wracam do bloga, szata graficzna od nowego roku inna. Postaram się jakoś częściej tu wpadać (nawiasem mówiąc zmobilozowali mnie ci znajomi, którzy zdradzili mi, że czytali ostatnio mojego bloga). A ja? Wchodzę dzisiaj. Patrzę – ostatni wpis przed świętami. Jakieś smęty, melancholia. No kurde. Ktoś gotów pomyśleć, że wpadłem w jakąś depresję i z tego powodu cały miesiąc nie pisałem tutaj nic. ;)

Ale spoko, trzymam się dobrze. Dzisiaj zaliczyłem egzamin ustny z filozofii (Heraklit będzie mi się śnił po nocach), w piątek ostatni test – podstawy prawa – i wracamy do rzeczywistości ;)

Tak więc do zobaczenia w rzeczywistości postsesyjnej.
Pzdr

Rozmowy na nowy rok

•19 Grudzień 2009 • 1 komentarz

Wyszedłem dziś około 4.15 z imprezy. Ciemna, mroźna Warszawa. Puste ulice, światła drogowe, którym o tej porze wszystko jedno i świecą już tylko jednym, przerywanym, żółtym kolorem. Gdzieniegdzie przemyka pijaczek. Wysoko majaczy pamiątka po Stalinie. Te same ulice, które w ciągu dnia ciężko pokonać ze względu na tłum, są puste i pokryte brudnym śniegiem.

Warszawa zupełnie inaczej wygląda o tej porze dnia. I jakoś dziwnie czuję się mijając miejsca, na które nie zwracam na co dzień uwagi z racji na pośpiech i zajęcie umysłu innymi rzeczami, a które w nocy i w takiej pogodzie opustoszały.

I czuję taki luz. Bo mamy sobotę. Bo w poniedziałek zajęć nie ma. Bo wykłady w tym roku już się skończyły. I na upartego mógłbym sobie łazić po tej Warszawie całymi godzinami, bo nic mnie już nie nagli.

No kurde. Znowu będę smęcić i melancholić. Chociaż tym razem jest ku temu okazja. W końcu koniec roku, ba, koniec dekady. Lata zerowe, czy jak je tam nazwać, się kończą i w ogóle ludzie starają się trochę ogarnąć, coś tam podsumować i na nowy rok sobie postanowić.

Jeśli o mnie chodzi, też coś takiego mam. I może byłby nawet w tym sens, bo w tym wieku trzeba się co nieco sprecyzować w kontekście tego, co chce się później robić i kim być. Ale co z tego, kiedy takie smęty są raczej mało owocne.

W sumie to idąc sobie nocą ciemną i cichą Warszawą, łatwo wpaść w taką melancholię. Trudniej z niej wyjść. Ale mam nadzieję, że w 2010 jakoś uda mi się wreszcie odkryć to, co mnie najbardziej zainteresuje i że takich smętów będzie mniej.

Bo prawda jest taka, że nie mam jednej, sprecyzowanej pasji. Interesuję się różnymi rzeczami, przez co czasem mam wrażenie, że nie interesuję się niczym. I może w tym poszukiwaniu pomogłaby jakaś mała rewolucja w moim życiu, tj. przeprowadzka do stolicy, o której myślę od dawna, która jednak póki co jest mało realna.

Dlatego życzyłbym sobie w 2010 właśnie takiej małej rewolucji, oczywiście w znaczeniu pozytywnym ;). Wiem, że nie tylko ja mam takie wątpliwości, dlatego życzę takiego sprecyzowania każdemu, kogo też łapie nieraz melancholia.

Pzdr

W tych klimatach:

Talk Talk – Life’s what you make it

A.Ch., czyli o pewnej płycie

•6 Grudzień 2009 • 4 komentarzy

Ostatnio słuchałem paru kawałków z najnowszej płyty Agnieszki Chylińskiej. Zresztą trudno jest jakiegokolwiek nie usłyszeć, a to dlatego że ludziom w radiu jakoś przypadły one do gustu, co za tym idzie, nieustannie je serwują.

Ja osobiście, gdy usłyszałem singiel promujący płytę “Modern rocking”, byłem dość mocno zdziwiony. Ta zła, niegrzeczna i kapryśna Chylińska ustąpiła łagodnej, radiowej, rzekłbym nawet popowej Agnieszce. I pierwsze wrażenia nie były jakoś specjalnie pozytywne. Zniknął rockowy pazur, pojawiła się w moim odczuciu muzyka “łatwa, lekka i przyjemna”, która była zaprzeczeniem tego, co występowało w dotychczasowym dorobku wokalistki.

I kurczę, przyznam, że ta nowa Chylińska jakoś zbytnio mnie nie przekonywała. Ale okej, nie to jest ważne, jaka jest nowa płyta (powstaje wiele w podobnym klimacie), ale bardziej zwrócił moją uwagę ów szokujący dla niektórych fakt metamorfozy.

Rozwiązanie problemu, jak dla mnie, przyniósł wywiad z zainteresowaną, w którym, co zrozumiałe, nie dało rady uniknąć pytania o przyczyny takiej odmiany.

Chylińska dojrzała. Chrystusowy wiek i dziecko zrobiły swoje. Ale jednak, czy objawem dojrzałości jest odejście ku muzyce, wydawało by się, znacznie lżejszego gatunku? Przecież tak niedawno wokalistka w jednym ze swoich utworów śpiewała: załóż róż, będzie ładnie, nagraj pop, będzie szybciej, a cała piosenka była starannie przemyślaną ironią skierowaną ostrzem w wokalistki, których twórczość nie grzeszy specjalną głębią i nosi znamiona czystej komercji i niewielkiej wartości artystycznej.

I co? Czy jest tak, że A.C. wyznaje dziś to, co wczoraj z takim jadem potępiała?

W wywiadzie stwierdziła jednak, że nową płytą wyraziła całą siebie. To jak to w końcu jest?

Wywiad ten wiele wyjaśnia. Ludzie poznali 18-letnią Chylińską – zbuntowaną małolatę i chcą, by taką młodą buntowniczką była do samej starości. Być może, co kiedyś naprawdę wyrażało jej stan  i było wówczas szczere, dziś stało by się absolutnym zaprzeczeniem szczerości. Bo nawet członkowie legendarnych teamów rockowych – tzw. dinozaury rocka, siadają po koncercie w kapciach, wewnątrz wygodnych foteli i wzruszają się kolejnym odcinkiem ich ulubionego serialu. Więc jaki jest sens zakładać te obcisłe spodnie z dawnych lat?

Niestety, ludzie domagają się coraz to kolejnego wkładania tych samych spodni. I często artyści tym oczekiwaniom odpowiadają. A tak naprawdę nie czują żadnego buntu czy nie wyrażają tak mocno sprzeciwu z dawnych lat.

I na tym właśnie ma polegać nowa płyta byłej wokalistki O.N.A. Chylińska jest tutaj sobą. Jak dla mnie, to decyduje o faktycznie większej wartości ostatniego krążka, niż mogłoby się z pozoru wydawać.

I na tym polega brutalna prawda. Ludzie tak łatwo wytworzą sobie jakiś obraz, profil, szufladkują artystę i groźnie łypią okiem na jakąkolwiek zmianę w aranżacji. A wokalista ma uwiązane ręce. Bo jak tu wystawić zaufanie fanów na tak ciężką próbę, z drugiej strony – czy dalej serwować sztuczne, nieprawdziwe kawałki, by zadowolić publikę? Chyba to właśnie wtedy zaczyna się “granie pod publikę” i kicz.

Zaś dalsze słowa piosenki: Udawaj ból, gdy uczuć brak, rób właśnie tak…, przestają się mimowolnie kojarzyć z nową twórczością Chylińskiej, a zaczynają wskazywać, że taką postwą byłoby właśnie usilne pozostawanie przy buncie, jakiego dziś, o ile się czuje, to czuje się i pojmuje zupełnie inaczej i w innym stopniu. To właśnie byłaby sztuczność.

I co? Wokalistka postanowiła pozostać sobą. Sama tworzy swoją muzykę, ma do tego pełne prawo, fani zaś powinni rozstrzygnąć w swych melomańskich duszach, czy pozostaną fanami twórczości Chylińskiej (jeśli tak, to jakiej), czy też osoby Chylińskiej, w której mieści się ewolucja lub nawet rewolucja gatunkowa.

Ja jestem za tą drugą możliwością.

Krew, pot i łzy

•4 Grudzień 2009 • 9 komentarzy

Spełnia się zapowiedź z pierwszych zajęć Historii Politycznej Polski XX wieku. Obietnica tego, co wyrażone w tytule, powoli zaczyna się urzeczywistniać.

Bo czy 7 godzin spędzonych w bibliotece to trochę nie za dużo? Oczywiście, sami chcieliśmy studiować i była to nasza osobista, świadoma decyzja, ale niestety – tak to już jest, że w wielu przypadkach biblioteka zaczyna interesować ludzi dopiero, gdy są w wieku na tyle dojrzałym, że studiować już nie muszą, a może i nie chcą lub uważają, że jest to z racji na wiek, nieodpowiednie. A 19-latków jakoś niekoniecznie przyciągają te sterty lekko zniszczonych pożółkłych papierów i czarno-białych mikrofilmów. Ale są jeszcze chlubne wyjątki (ja niestety do nich raczej nie należę).

Ale, mus to mus. W końcu praca semestralna.

Tak więc siedzimy w tym BUWie (niektórzy nawet codziennie) i wspólnie ogarniamy te maszyny do oglądania slajdów gazet z zamierzchłych czasów, razem szukając tytułów z gazet, które mają nam posłużyć do analizy porównawczej.

BUW stał się miejscem spotkań towarzyskich. Nic lepiej nie integruje ludzi, jak plącząca się taśma od mikrofilmu, czy okiełznanie maszyny (czytnika czy jak to ździerstwo nazwać?), która szarpie tę taśmę i za nic nie da się obsłużyć. Integruje też wielce sympatyczny głos pracowniczki, która kontrastując ze wszechogarniającą ciszą, protestuje przeciwko włączonym telefonom komórkowym. Albo proponuje zastosować wobec nas i hałasu, jakim ową ciszę krzywdzimy, jakąś bliżej nieokreśloną substancję (której użycie miałoby nas skutecznie uciszyć – nie wiem co miała na myśli).

Oczywiście, mamy na to wszystko jeszcze prawie 2 tygodnie. Jednak każdy dzień zwłoki sprawia, że będzie trzeba coraz bardziej spieszyć się z tą pracą, zaś natężenie krwi, potu i łez osiągnie wartości alarmujące.

Zresztą, i  tak bardzo późno się za to zabraliśmy. Zważywszy, że nie jest to praca, którą można wykonać choćby w 3 godziny. Bo znaleźć analogiczne wydarzenie z II RP i PRL, przeczytać jego opisy w autentycznych gazetach, porównać i na końcu dodać komentarz i przypisy – tego nie da się zrobić w jeden dzień.

Czyli prorocze słowa Pana Doktora się spełniają. Mamy krew, pot i łzy. Pocieszam się jednak myślą, którą zdradził mi student II roku – że pierwszy semestr jest najgorszy, a potem to już tylko z górki.

OK. Byle do świąt ;P Dziś zapalili światła bożonarodzeniowe na Trakcie Królewskim. Więc, nawiązując do poprzedniego wpisu, święta już mamy. Ale co to za święta jak nadal co rano trza gnać do studenckiego kieratu? :)

Ale takie życie. Samiśmy tego chcieli. “Chcieliście być studentem, Żorż, czy nie chcieliście?”

No jasne, że chcieliśmy ;)

Bóg się rodzi, deszcz nam leje, (w chłodną noc listopadową)

•8 Listopad 2009 • 7 komentarzy

Każde włączenie odbiornika sprawia, że coraz bardziej przekonuję się do mediów. Początek listopada, a tu religijność godna najwyższego podziwu!  Uśmiecha się do mnie święty, popija coca-colę, a ja napełniam się nadzieją i radością życia, przekonując się, że telewizja nie jest znowu taka amoralna, że są gdzieś tacy dobrzy i religijni ludzie, którzy chcą świętować Boże Narodzenie nie później niż w tydzień po uroczystości Wszystkich Świętych.

I ten widok szczęśliwego dziecka otwierającego prezenty, mamy stojącej gdzieś nieopodal i parzącej aromatyczną kawę dla taty, który cicho wzdycha przy migoczącej choince sprawia, że w końcu nie wiem, czy za oknem to jeszcze jesień, czy już zima (jedynie lekko zmieniona wynikiem efektu cieplarnianego).

I powoli czuję coraz bardziej ten nastrój rodzinnych Świąt Zimowych, Gwiazdki Czerwonego Mikołaja. Bo o Mikołaja tu chodzi. Bez Mikołaja nie byłoby świąt! To on jest punktem centralnym!

Miki, jak widzę, zdobył niezły monopol w TV. Wszyscy go znają, kochają. Ale…coś mnie tu zastanawia, niepokoi, nie daje spokoju…

Bo ten czerwony ubiór…gwiazda…

…te zgromadzone w reklamach telewizyjnych rodziny, tak szczęśliwe w swojej prywatnej komunie…

…i ani słowa o Jezusie, o Narodzeniu Bożym, o religii…

Nie! Odpędzam szybko te złe myśli rodem z minionej epoki!

Ale, mimo wszystko, pozostaje jakieś dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Czyje narodzenie obchodzimy? Czy otwarcie  prezentów jest punktem kulminacyjnym całości? A może akt zakupu? O co chodzi w ogóle z tymi całymi Świętami?

Wyłączam telewizor. Znowu do pokoju wkracza szaruga jesienna. Ale, o dziwo, wydaje się ona jakaś głębsza, sensowniejsza. Myślę sobie: za dużo tych całych świąt. Czy jest sens świętować coś całe dwa miesiące? Może jeszcze na początku listopada czuć ten wigilijny nastrój, jednak po paru tygodniach on powszednieje i tak mniej więcej w połowie grudnia nie zwracam już na to większej uwagi.

Idę wtedy ulicą, zza witryn macha do mnie czerwona postać z brodą, obok świeci lampeczka, jeszcze dalej bombeczka, nade mną lata aniołek, co w ręku dzierży badylek, a ja myślę tylko o tym, żeby dotrzeć w tym całym zimnie do ciepłego domu.

A Mikołaje machają dalej, aniołki fruwają, lampeczki się świecą (póki nie wyłączą prądu rzecz jasna).

Gdzieś pogubiono istotę tego wszystkiego. Niestety, ale patrząc z punktu widzenia chrześcijanina, cała ta otoczka nie ułatwia mi jakoś zastanowienia się nad taką prostą sprawą, że 2000 lat temu Bóg zesłał na ziemię kogoś, który wziął na siebie karę za zło, które popełniam dzisiaj.

Ciekawe co by powiedział bp święty Mikołaj z Miry w Azji Mniejszej, gdyby zobaczył swoje oblicze z dalekiej przyszłości?

I co by poczuł, gdyby usłyszał, że nieświadomie zepchnął Jezusa z uprzywilejowanej pozycji osoby będącej przedmiotem kultu?

I nic z tym nie da się zrobić. Zarówno dla chrześcijan i ateistów jasne jest, że to wszystko to czysta komercja. Czy da się głębiej przeżyć te święta? To już zależy tylko od indywidualnego podejścia. Każdy dobrze wie, że chodzi o prezenty i zadłużenie się na święta. Ale mimo tej wiedzy, i tak łatwo ulec temu całemu show, kręcącemu się wokół, tak naprawdę nie wiadomo do końca czego.

Ale trzeba próbować. Bo na pewno wiele więcej dobrego dadzą święta przeżyte od trochę innej strony niż zwykle, mniej powierzchownie.

Kończąc, posyłam tradycyjne staropolskie “Merry Christmas” i życzę, aby tegoroczne święta upłynęły pod znakiem udanych Andrzejek, Barbórki i wreszcie, Wigilii. ;]

Krotka rozprawa o czytaniu (sic!)

•2 Listopad 2009 • 1 komentarz

Długo mnie tu nie było. Nie że kompletnie zaniechałem swojej grafomanii, po prostu uległem wrażeniu, że w aktualnych realiach studenckich, pisanie na blogu należy z natury do zajęć skrajnie nadobowiązkowych. Bo tutaj każą czytać nam to o bolszewikach, to o państwach federalnych, to o rozwoju społeczeństw lub o genezie państwa…a czas na twórczość ściśle osobistą zostaje w całości zajęty powyższymi tematami i innymi pokrewnymi.

Tak, tak, wiem. Nie powinienem narzekać, ale tak naprawdę – faktycznie tego nie robię. Wszystko mi się ogólnie podoba. (No, przydałoby się jeszcze tylko, żeby doba trwała 30 godzin).

I właśnie teraz naszło mnie coś. Taka myśl. No bo kurczę – sięgając w mroki mojego umysłu wyciągam stereotypowy obraz standardowego studenta. I co? Siedzi taki po południu w pubie, wieczorami odwiedza akademik, nocy nie pamięta, rankiem nachodzi go nieodparta ochota na konsumpcję kefiru, a koło południa, przychodząc na wykład, wreszcie idzie spać.

Może lekko przesadzam, ale niemniej jednak patrzę na to wszystko i trochę zdziwiony, zauważam, że ludzie jakoś niezbyt chętnie uczestniczą w czymś takim, co podobno nosi miano “studenckiego życia”. Sporo osób chyba na wyższym miejscu stawia teraz naukę. Czas na resztę przyjdzie dopiero wtedy, gdy załatwi się to, co załatwienia wymaga.

Rzeczywistość jednak jest taka, że gdyby człowiek zechciał “obrobić w całości materiał” i dopiero potem się zabawić, taka sztuka chyba byłaby niemożliwa. No bo, gdy siadam do czytania takiego Znanieckiego, jakąś niebywałą przyjemność sprawia mi wówczas bezmyślne gapienie się w reklamę Plusa (którą widzę już po raz czterdziesty pierwszy), a trajektoria ruchu muchy na stole staje się nagle jakimś fascynującym zjawiskiem…

Skutek jest taki, że sporą część czasu marnuję na takie głupoty. (A to jeszcze włączę sobie jakieś mp-trójki, a to obejrzę filmik na youtube).

I ostatecznie dochodzę do światłego(?) wniosku. Nieraz lepiej od razu w stu procentach przeznaczyć jakiś czas na rozrywkę, aniżeli wmawiać sobie, że: “jutro od rana czytam Heywooda, a dopiero jak skończę, to sobie odpocznę”, bo w takim przypadku lektura przeciąga się z teoretycznych jednej-dwóch godzin do czterech, podczas gdy efektywność jest ta sama. A, jak to głosiła niegdyś pewna reklama:

“Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać?”
(Bo przecież czas to pieniądz podobno):
many

Nawiasem, w Manach pod Tarczynem kręcą “Złotopolskich” ;)

No time!

•11 Październik 2009 • 1 komentarz

Nie spodziewałem się tego, ale już w pierwszych dniach mam bardzo dużo do roboty i brakuje mi czasu na w miarę częste pisywanie na blogu. Czytać, czytać, czytać – słyszę ciągle.

Nie mówię, że nie, coś tam przeczytałem, ale w ogólnym rozrachunku, jeszcze sporo przede mną. Najgorsze, że poziom aktualnej motywacji do studiowania (teraz wiem od czego pochodzi faktycznie nazwa: studia) książek wynosi ok.15-20%, jednak liczę, że rano (piszę po północy) ta tendencja się zmieni in plus.

I wiedząc, że powinienem teraz może przyswajać “Ewolucję Państwa”, w pełni świadomie odkładam to na późniejsze godziny, poświęcając te obecne na niniejszy wpis.

Tak już dziwnie mam, że skupienie uwagi przychodzi mi z trudnością. Chodzi mi teraz o czytanie. Żeby efektywnie to robić, muszę mieć idealne warunki, czego de facto nie posiadam w domu. O ile ciężko mi coś zacząć, o tyle jeśli już wpadnę w rytm i “fazę”, mogę coś robić godzinami i z kolei ciężko jest mnie wtedy odciągnąć. Tak też jest z nauką.

Szczęśliwie jeszcze, motywacja nie opuszcza mnie rankami, zważywszy na fakt, że jestem w stanie 3 razy w tygodniu wywlec się z łóżka nieco po godzinie 5 rano. I zaczynam żałować, że mieszkam tak daleko.

Dlatego obawiam się, że częstotliwość moich wpisów może spaść do jednego na tydzień (właśnie w weekend, kiedy jeszcze możliwe jest wygospodarowanie jakiejś tam ilości czasu), no chyba że w tygodniu też ogarnie mnie brak ogarnięcia do nauki i, podobnie jak w tej chwili, manifestacyjnie odłożę to, co muszę i zajmę się tym, co mogę, ale co nie jest moim obowiązkiem.

Szczęśliwie, załatwiłem sprawę z tym całym stypendium. Ale tego, czy moje wysiłki faktycznie przyniosły skutek, jeszcze się dowiem. ZUS, Urząd Skarbowy, pesele, zaświadczenia i oświadczenia – w każdym razie warte są tego nieszczęsnego stypendium.

Teraz wiem, że pieniądze i sen to najlepsi przyjaciele studenta. Na pracę nie miałbym czasu obecnie, więc stypendium, choć nie jest jakoś specjalnie dochodowym źródłem, na pewno ułatwiłoby sprawę.

Ludzie, których poznaję, są naprawdę sympatyczni. Podobno łatwo znajduję kontakt z różnymi osobami? Sam nie wiem. Mam wrażenie, że albo aktalnie faktycznie tak jest, albo ludzie, których spotykam są jakoś bardziej przychylni, niż tacy, jakich spotykałem dawno temu…

Dobra…niedługo pierwsza w nocy. Czas uderzyć w kimono. A więc teraz o tym drugim przyjacielu każdego studenta: o śnie. Oto takie coś, co stworzyłem chyba w II klasie liceum:

W objęciach Morfeusza

Teraz znów zamykasz oczy,
Zaraz zniknie świat z przezroczy,
Pora znowu się zachłystnąć
Szklanką snu.
Pora uciec od wszystkiego,
Przekroczyć granicę ego,
Przenieść się, gdzie czas nie płynie,
ciało śpi, dusza nie ginie.

Niech zatracą się kolory,
Niech na życie każdy chory,
Cicho w mroku odetchnie.
Gdy nocny lekarz z litości
Zamknie wrota świadomości
Naprawdę obudzisz się.

O Śnie, trwaj, niech znów zapomnę
i niech myśli dnia niepomne
Nie dają zbudzenia mi.
Bo chcę dotknąć cząstkę świata,
W którym nie trwa żadna data,
Ale cicho płyną dni.

Zielony, płaski i łatwo się gnie…

•2 Październik 2009 • 6 komentarzy

I znowu o studiach? ;) No cóż, aktualnie jest to numero uno, jeśli chodzi o sprawy, które mnie dotyczą, co ma też odzwierciedlenie we wpisach na blogu.

Ale pewnie tylko do czasu. Dni adaptacyjne już za sobą, zajęcia rozpoczną się już niedługo, tak więc studia staną się codziennością. A codzienność, niestety, zwykle bywa szara i nie ma sensu jej zbyt szeroko opisywać. Chociaż ta studencka maluje się podobno w nieco innych barwach, niż te monochromatyczne.

Póki co, o UW raz jeszcze…

Jest zielony, podłużny i dosyć łatwo się gnie. Dlatego należy obchodzić się z nim w miarę ostrożnie (tak, tak, już to widzę!). Dostałem go przedwczoraj, po uprzednim złożeniu aż pięciu podpisów. Mowa, rzecz jasna, o indeksie. Leży sobie na półce czyściutki, właściwie niezapisany, istna tabula rasa. I budzi, jak na razie, pozytywne emocje. Przynajmniej do momentu wpisania pierwszej oceny.

Właściwie taki mógłby już pozostać. Tyle że byłoby to niezgodne z tekstem ślubowania, które składaliśmy (już dwukrotnie!). Bo przecież mamy poszerzać wiedzę i “rozwijać własną osobowość”, jak to przecież wspólnie zadeklarowaliśmy.

Nasz kochany Instytut przesunął pierwsze zajęcia na poniedziałek. Tak więc nadłuższe w życiu wakacje zostały dodatkowo przedłużone.

Niestety, zawsze musi trafić się łyżka dziegciu… ;)

Dopiero poznaję coś, czego nienawidzą dorośli Polacy, co wymaga anielskiej cierpliwości i żydowskiej obrotności.

Mam na myśli urzędową biurokrację. A to a propos moich starań, by uzyskać stypendium socjalne.

Kto by pomyślał, że do wniosku należy dołączyć tak niezwiązane z tematem dokumenty, jak ksero aktu urodzenia rodzeństwa czy też zaświadczenie, że uczęszcza do danego liceum?

Ale nie daję się, będę walczył do upadłego (tj. do piątego października, kiedy to upływa ostateczny termin złożenia wszystkich potrzebnych dokumentów). A co dalej, boska wola…

Jednak owe niedogodności nie przesłaniają ogólnego zadowolenia z rozpoczęcia nowego etapu w życiu. Immatrykulacja już za mną, otrzęsiny także (teraz już mój rok wie, jak to jest, gdy mąka zasypuje pomalowaną uprzednio, na różne kolory, twarz ;P ), pierwsze piwka również już były, słowem – teraz pora na naukę, czyli tę mniej przyjemną część studiowania. Chociaż – kto wie, czy i ów aspekt nie będzie sympatyczny?

Jakie będzie te 5 lat? Czy będę innym człowiekiem, z chwilą opuszczenia tych murów? W tej chwili wszystko jest, jak ten indeks – jak czysta, niezapisana kartka. Przydałoby się wcisnąć teraz coś w rodzaju przycisku: “Save Game”. Ale niestety, w tej grze nie ma możliwości zapisu, a, o zgrozo, dostaje się tylko jedno życie, które ma starczyć na całą masę leveli do przejścia.

Pierwszy wykład (oj!)

•26 Wrzesień 2009 • 2 komentarzy

Piątkowe przedpołudnie. Centrum Warszawy. Na zegarze zbliża się jedenasta. Ulicą Nowy Świat dość szybkim krokiem spieszę ja. O 10.30 miałem być pod pomnikiem Kopernika, żeby z kolegami i koleżankami z roku (jak to dziwnie brzmi!) pójść na wykłady o Ochronie własności intelektualnej (obowiązkowe dla wszystkich!), zaplanowane na punkt jedenastą.

Oczywiście pomimo opuszczenia domu na ponad półtorej godziny przed wykładem, byłem skazany na pośpiech. Nienawidzę czegoś takiego. Ale cóż zrobić, jeśli mieszka się 30km od miejsca nauki?

Czas mija nieubłaganie. Zostały cztery minuty. Brama UW zlokalizowana. Teraz tylko znaleźć to całe Auditorium Maximum. Zaczepiam grupkę studentów i pytam. Nic mi nie odpowiadają, bezwiednie wznosząc ręce. Aha! Słysząc obcy język dookoła, wywnioskowałem jedno:

-English?
-English.

Niestety, mówiący po angielsku nie potrafili mi wskazać upragnionego Auditorium Maximum.

Wcześniej jeszcze zadzwoniłem do kolegi, który był już na miejscu. Usłyszałem, że mam kierować się na lewo. Tak więc idę w tym kierumku. I myślę sobie, że trochę głupio byłoby spóźnić się już na pierwszy wykład.

Szczęśliwie, znalazłem studenta, który wskazał mi budynek i tak oto na chwilę przed rozpoczęciem wykładu, zjawiłem się w sali A.

Byłem nieświadomy. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wziąłem ze sobą jakiś cherlawy notesik i siadam koło znajomych, w ławeczce, umiejscowionej gdzieś z boku, skąd nawet nie było dobrze widać tablicy.

Szybko przekonałem się, że ten nieszczęsny niewielki notesik, to nie był dobry wybór na wykład, trwający aż 4 godziny.

I nagle flashback. Poczułem się jak za starych poczciwych czasów w liceum. Właściwie sztuka robienia notatek wyparowała z mojej łepetyny, ale zmuszony byłem szybko to sobie przypomnieć, w obliczu zalewających nas informacji.

Szczerze, ten wykład to było mocne powitanie na studiach. My, świeżo po wakacjach, nieprzyzwyczajeni do odbioru wypowiedzi dłuższych niż dwuzdaniowe, po paru godzinach pisaliśmy w większości mechanicznie, niewiele już z tego wszystkiego rozumiejąc.

Mój “notesik” zapisałem prawie w całości. Ręka mnie bolała i mimo szczerych chęci do uważnego słuchania, w ostatniej części, poległem.

Wyszliśmy. Późniejsze piwko nas trochę otrzeźwiło, ale, logicznie rzecz ujmując, była to trzeźwość pozorna…

Garść wniosków z tej historii:
1. Zawsze lepiej jeździć wcześniejszymi autobusami. (Szczególnie gdy 100 minut na dojazd to niekoniecznie wystarczająca ilość).
2. Piwo odmóżdża.
3. Podziwiam ludzi studiujących prawo. Oni taki trudny materiał mają na codzień (nawiasem mówiąc, na wykładzie usłyszałem, że to oni, wśród wszystkich kierunków, są podobno sprawcami największej ilości różnych wykroczeń :P)

I tak oto wyglądały moje pierwsze wykłady. Pomijając już fakt, że na UW powinienem wybrać się już dzień wcześniej, z racji na szkolenie nt. uczelnianego systemu USOS. Niestety pamięć o nim mnie zawiodła, ale z drugiej strony jakoś w końcu się zarejestrowałem na przedmioty, więc to szkolenie, mam nadzieję, nie było w moim przypadku takie niezbędne… :)